
Nie wytrzymałam jednak zbyt długo, bo zamczysko z okładki kusiło obietnicą dobrej rozrywki. No i wpadłam po uszy.
Książka ta ma coś co bardzo lubię – a mianowicie nieprzewidywalne zakończenie. O ile pewnych wątków można się było domyślać to sam finał bardzo mnie zaskoczył. Po przeczytaniu „Domu…” czułam się trochę tak jak po obejrzeniu „Szóstego zmysłu”, kiedy ostatnie sceny z filmu powodują, że otwierają mi się usta z osłupienia i zadaję sobie pytanie „ale jak to?” i zaczynam analizować cały film od początku. Zaskoczenie - uwielbiam to uczucie. Tak jest również w tym przypadku, aczkolwiek czasami postać głównej bohaterki – Grace - trochę mnie denerwowała, momentami była zbyt mało rozgarnięta, czasami zapominała przysłowiowego języka w gębie. Chwilami chciało się dać jej kuksańca, aby oprzytomniała.
Idealna książka na odpoczynek - można usiąść i zagłębić się w lekturze. A jak wspomniałam wcześniej wciąga niemiłosiernie. Polecam !!!!