
Książka opowiada, jak sam tytuł wskazuje, o chorobie. Do szpitala w Taszkiencie, leżącego na terenie byłego ZSRR trafiają pacjenci chorzy na raka. Jak wiadomo choroba nie wybiera – trafiają tam więc i Ci, którzy zajmują wysokie stanowiska państwowe i ci z niższych warstw społecznych. Mamy więc przekrój ówczesnego społeczeństwa, a więc i podział zdań, przekonań, doświadczeń. Pojawiają się pytania o sens życia, o sprawy priorytetowe, o słuszność czynów. Co najlepsze w szpitalu nie ma podziału na tych lepszych i gorszych. Wszyscy leżą w dusznych salach, wszyscy poddawani są podobnej terapii, wszyscy jednakowo cierpią, wszyscy odczuwają ten sam strach w obliczu ciężkiej choroby.
Jednak oprócz choroby w dosłownym tego słowa znaczeniu mamy również inny jej rodzaj. Chodzi o chorobę trawiącą państwo, w którym rozgrywa się akcja powieści. Komunizm niczym rak drąży wszystkich, którzy wpadli w jego szpony. I tych na wierchuszce i tych dla których los był mniej łaskawy. Właśnie to porównanie totalitarnego państwa do raka było głównym powodem, dla którego cenzura zakazała wydanie książki. Nastąpiło to dopiero na zachodzie w 1968 roku.
Podsumowując książka niesamowita w swej prostocie. Sołżenicyn świetnie nakreślił sylwetki swoich bohaterów. Dużą rolę odegrały na pewno osobiste doświadczenia autora w walce z chorobą nowotworową, ale niezprzeczalnie ogromny wkład miał również niezwykły talent pisarski do mówienia prosto o rzeczach trudnych. Dla mnie majstersztyk!!!
Na koniec cytat z książki, który szczególnie zapadł mi w serce:
„To nie dobrobyt czyni nas szczęśliwymi lecz dobroć i sposób widzenia własnego życia. I jedno i drugie zawsze zależy od nas samych: człowiek zawsze może być szczęśliwy, jeśli tylko tego zechce, i nikt nie jest w stanie mu przeszkodzić.”